Pod Brukiem Leży Plaża

Biuletyn warszawskiej Antify

Lewicowy sojusz PiSem?

„Postęp w jednej dziedzinie, np. gospodarczej, oderwany od
postępu albo nawet równoczesny z cofaniem się w innej, może
w sumie prowadzić tylko do upadku – równoczesność postępu
w rozmaitych dziedzinach jest istotą postępu społecznego.”

Feliks Gross (1946)

Kilka lat temu Miraho rapował, że wie co robi, dla kogo i czemu. Każdy z nas, zaangażowanych w ruchy wolnościowe i lewicowe, może się pod tym podpisać i podskórnie wie o co chodzi. Podobnie jak w każdym ruchu na rzecz zmiany, nasza działalność potrzebuje jasno określonej tożsamości, na którą składa się utożsamianie z postulatami różnych grup społecznych – robotniczych, ekologicznych, równościowych. Wierzymy, że postęp ma miejsce tylko wtedy, kiedy zwycięstwo jednej z tych grup nie prowadzi do krzywdy innej, że prawdziwe zwycięstwo to realna równość, tak na polu ekonomicznym, jak i kulturowym. Że jedno z drugim się przenika. To tożsamość ruchu i naszego aktywizmu utrzymuje nas na właściwym kursie i nie pozwala wyrzucać nikogo za burtę.

W dobie pochodu po władzę skrajnej prawicy, od dłuższego czasu w mediach społecznościowych i na łamach lewicujących pism, pojawiają się pomysły na wyjście z marazmu środowisk lewicowych. Czasem śmieszne, czasem straszne. Najczęściej pozują na odważne i bezkompromisowe, budując przy tym obraz racjonalności proponowanego rozwiązania. Mówiąc wprost, mamy tu na myśli marginalną, ale głośną grupę osób utożsamiających się z lewicą, która w planie minimum postuluje sojusz środowisk lewicowych z PiSem, a w bardziej radykalnej opcji utożsamia wręcz PiS z lewicą i namawia do głosowania na niego. Takie podejście uzasadniane jest tym, że obecna lewica rzekomo skupia się wyłącznie na kwestiach kulturowych, ignorując tematy socjalne. W gruncie rzeczy jednak, nie są to idee nowe, a jedynie nowa odsłona starych fantazji. Zjawisko przechodzenia syndykalistów, komunistów czy socjalistów na pozycje nacjonalistyczne, monarchistyczne czy faszystowskie, w imię rewolucji antyliberalnej, było dobrze znane już w latach 20. i 30. ubiegłego stulecia. Efekty końcowe znamy…

Ustalmy fakty:

  • Ostatnie 30 lat niewątpliwie oznaczało postęp dla pewnych grup społecznych, lecz dla innych niestabilne zatrudnienie, niskie płace, osłabienie praw pracowniczych, demontaż ogólnokrajowego transportu publicznego i postępującą degradację opieki zdrowotnej. Zjawisko to ma swoje podłoże w bardzo wielu procesach społeczno-ekonomicznych, ale żaden rząd w III RP nie potrafił ich powstrzymać.
  • Ruchy wolnościowe oraz niezależna lewica silnie przeciwstawiały się narzuconemu, neoliberalnemu ustrojowi gospodarczemu. To anarchiści i socjaliści pierwsi podnosili kwestie wypychania całego pokolenia na umowy śmieciowe, czy kryzysu mieszkaniowego. Fizycznie blokowaliśmy i blokowałyśmy eksmisje, wspieraliśmy i wspierałyśmy budowę związków zawodowych, nagłaśnialiśmy i nagłaśniałyśmy przypadki niewypłacanych wynagrodzeń. Akcje typu „Jedzenie zamiast bomb” i inne grupy samopomocowe są rozsiane po całej Polsce.
  • Równocześnie warto pamiętać prostą rzecz, która często ucieka komentatorom życia społecznego w Polsce – w tym samym czasie postęp w dziedzinie praw indywidualnych i równouprawnienia był jedynie pozorny. Prawa kobiet? Osób LGBT+? Nie zmieniły się od lat, a niektórych kwestiach, jak na przykład dostępność aborcji, odnotowaliśmy regres w porównaniu do PRL.
  • Ostatnie, lecz nie mniej ważne – tzw. „kwestii kulturowych” nie da się jednoznacznie oddzielić od tych ekonomicznych. Problem wykluczenia społeczności LGBT+ to nie tylko brak równouprawnienia, lecz realne problemy z bezdomnością, wynikające z odrzucenia przez rodzinę i społeczeństwo. Kontrola nad rozrodczością to nie tylko kulturowe podporządkowanie kobiet, ale także ekonomiczny problem tysięcy osób, których na dziecko nie stać, a są zmuszone, by je urodzić, bo aborcja pozostaje nielegalna i nie wszystkich na nią stać. Ksenofobia nie kończy się na krzywych spojrzeniach i pobiciach, ale ma realne przełożenie na warunki pracy i pensje obcokrajowców. I tu pojawia się często stawiana przeciwwaga: ruchów progresywnych zajmujących się niby tylko „obyczajówką”, oraz prawicy, która pamięta o szarym człowieku i jego problemach. Ta dychotomia łatwo prowadzi do wiary, że klasa pracująca jest porzucona przez lewicę i ruch anarchistyczny, a jedynie reprezentowana przez uśmiechniętych panów w garniturach i gębami pełnych frazesów. I, że sens naszej walki można zrealizować przez sojusz z nimi.

    Wróćmy więc do faktów:
  • Ci panowie za nic sobie mają człowieka pracującego. Ich jedynym marzeniem jest władza, która przekłada się na bezpośrednie zyski z tej czy innej państwowej spółki.
  • Ci panowie nie stanowią zagrożenia dla neoliberalnych paradygmatów, panujących niepodzielnie nad naszym życiem społecznym. Zapraszają ich prywatne media, dając im pole do popisu w wywiadach, czy nawet tańcu z gwiazdami.
  • Nasze działaczki i działacze, którzy – nie posiadając milionowych subwencji – stawiają opór niszczeniu świata pracy, nie mogą liczyć na ułamek tej platformy medialnej i pieniędzy na działalność z różnych podejrzanych miejsc. A i tak czynią niejednokrotnie cuda.

Panowie w garniturach wprowadzają prospołeczne programy, które zapewniły postęp ekonomiczny dla wielu ludzi żyjących w Polsce. Można by im było przyklasnąć, nawet jeśli robią to tylko dla utrzymania władzy i gdyby rzeczywiście byli w tym pionierami. Co dalej jednak? Gdzie zwiększone nakłady na służbę zdrowia, tak, aby zapewnić faktyczną równość w dostępie do niej? Dlaczego w aptekach nie ma leków, a kobietom w ciąży nie wypłaca się w terminie zasiłków? Gdzie podwyżki i ochrona miejsc pracy dla pracowników budżetówki, skoro ceny rosną jak szalone? Gdzie opodatkowanie gigantów i zwalczenie nieuczciwej konkurencji ze strony międzynarodowych korporacji i rodzimej oligarchii? W końcu, gdzie obiecane miliony mieszkań, tak aby nikogo nie spotkała już w tym kraju ewikcja? Łatwiej zrobić premierem bankiera i mówić o pomaganiu szaremu człowiekowi, niż zrealizować takie programy.

Chcielibyśmy w końcu być tak politycznie skuteczni, jak ci panowie w garniturach. Kusząca perspektywa. Ale powołując się na Feliksa Grossa, wieloletniego działacza PPS, bez równoczesności postępu na różnych polach, naszym jedynym rezultatem będzie upadek. Ci panowie w garniturach nienawidzą kobiet, nienawidzą osób LGBT+, nienawidzą uchodźców. Gardzą każdym, kto nie pasuje do ich obrazu. I nie jest to przypuszczenie, czy publicystyczna teza. To jest ich praktyka, którą widzimy ciągle i bez przerwy. Fascynacja i dążenie do sojuszu z nimi to wrzucanie naszych przyjaciółek i przyjaciół pod podkuty but konserwatywnej fanaberii. Czy tego chcemy??

Jasne, tak jak Miraho w „Samoorganizacji” (polecam wszystkim ten utwór) nawoływał do samoorganizacji i solidarności wbrew podziałom społecznym oraz kulturowym, tak i my musimy być otwarci na różne perspektywy i środowiska. Szukajmy niestandardowych połączeń. Warunkiem koniecznym jednak jest posiadanie kręgosłupa moralnego i jasno zdefiniowanych granic. Wyciągnięcie ręki nie może się kończyć kapitulacją naszych idei. Jeśli widzimy rasizm, musimy reagować. Jeśli spotykamy antysemityzm, musimy reagować. Jeśli mamy do czynienia z dyskryminacją wobec osób LGBT+, musimy reagować. Porzucenie tematu równouprawnienia, czy przymykanie oka na jawny rasizm władzy, usprawiedliwiając to jej rzekomym „socjalem” jest wygodne. Pozwala choć chwilę stanąć po stronie zwycięzców. Jednak przy takich kompromisach nie możemy nazywać się lewicą i żadne zabiegi retoryczne tego nie zmienią.

Skuteczność – tak, myślmy jak poszerzać nasze oddziaływanie i jak zwiększać efektywność naszych działań. Brońmy się jednak przy tym przed poświęcaniem naszych wartości i ludzi, którzy są dla nas ważni. W końcu, jak pisał Gross, „Miernikiem urzeczywistnienia tych [lewicowych] ideałów jest przede wszystkim człowiek – nie sama zmiana systemu.”

Daniel Woliński


Categorised as: Felieton | felietony



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *