Pod Brukiem Leży Plaża

Biuletyn warszawskiej Antify

Lokatorzy przeciwko konkwiście w Warszawie

jola

„Żeby uwolnić wolny rynek, wiele osób musi trafić za kratki” – zauważył Eduardo Galeano. Podobnie, wznoszeniu wieżowców towarzyszy często dosłowne wynoszenie ludzi z ich miasta, tj. z działki pod inwestycje. Nie każdy przyjmuje taki los z uśmiechem na twarzy – „tu niby demokracja, a mnie nikt o zdanie nie pytał!?” W istocie, od Manili, przez Warszawę, po Rio, reguła jest jedna – banki nie mają czasu na „demokrację”. Wolą inne metody: jak opisuje urbanista Mike Davis, w biednych przedmieściach Filipin tą metodą są tzw. „płonące koty” – nocą podlane benzyną i podpalone, konwulsyjnie biegną wąskimi dróżkami od domu do domu; o świcie słychać już tylko warkot buldożerów czyszczących pogorzelisko pod świeżą inwestycję. Nowoczesna Warszawa nie jest tu wyjątkiem – na prawym brzegu Wisły podpaleń w sprywatyzowanych kamienicach było w 2012 roku więcej niż w okresie powstania warszawskiego w 1944. Spłonęła także działaczka lokatorska Jolanta Brzeska, wywieziona ze swojego domu do Lasu Kabackiego 1. marca 2011 roku.

By uzasadnić podobne represje wobec lokatorów, przestaje się ich traktować jak ludzi. Nazywa się ich „wkładką mięsną w kamienicę”, „towarem”. Gdy lokatorka stuletniej kamienicy przy ul. Kępnej 15 na Pradze, prywatnej od pięciu lat, poprosiła o ponowne podłączenie wody, od nowego właściciela dostała pismo „Jak tylko gówno opuści budynek, wszystkie problemy przestaną istnieć. Bo budynek jest deficytowy, dopóki siedzi w nim gówno”. Podobną retorykę przejmują nacjonaliści zwący lokatorów brudasami, lewakami i roszczeniowcami – „to ja ciężko tyram na spłatę 30-letniego kredytu, a taki lokator ma mieć półdarmo?! Do roboty!!!”. Brak solidarności to podstawowy warunek zarobku deweloperów – przecież mieszkania w Warszawie są tak drogie jak Wiedniu (choć zarabiamy tu 4 razy mniej), właśnie ze względu na brutalną prywatyzację zasobów miejskich oraz rzucenie nas na pastwę banków i wolnej amerykanki.

Jak nazwać taki porządek rzeczy? Władze mówią na to „dynamiczny proces przeobrażeń miasta”.  Kamienicznicy nazywają to „przywracaniem przedwojennego uroku”. Cały establiszment marzy o Warszawie „szklanych domów”, dawnym „Paryżu Północy”. Jednak jeśli spojrzymy na wojnę światową jako na kulminację pewnego kryzysu społecznego, musimy zadać sobie pytanie: jak on się przejawiał w tym mieście? W 1939 roku Warszawa leżała w 97 procentach w prywatnych rękach i jej kształt – poza  Traktem Królewskim – podlegał jednej regule: zyskowi. Każdy z ówczesnych deweloperów – kamieniczników chciał osiągnąć jak największy zysk ze swojego domu. Astronomiczne czynsze kazały ludziom mieszkać grupowo, w ścisku (średnio ok. 3 osoby na pokój), lub w suterenach i na poddaszach, byle zebrać na opłaty. Podobne warunki życia (i oporu) w Warszawie oddaje popularna wówczas piosenka „W warszawskiej kamienicy”:

W warszawskiej kamienicy
 Zajmuję kąt piwnicy,
 Pół piętra w dół po schodkach
 Na vis á vis wychodka.
Tak samo mieszka szofer Jan,
 Kominiarz Wójcik, krawiec Mann.
 Od piwnic do poddasza,
 Wspólna bieda nasza, jeden wielki kram.
 (…)
 Od przeszło już miesiąca
 Szturmował do mnie rządca
 I ssał mą pustą kieszeń,
 Za styczeń, maj i wrzesień.
Wybuchał ciągle scysją,
 Wciąż groził mi eksmisją
 I policyjną misją,
 Aż człeka chwytał strach.
Aż w piękny dzień raz huknął grom:
 W posadach zadrżał cały dom,
 Gdy pan komornik zjawił się
 I wyniósł graty me.
 (…)
 Lecz wokół tłum sąsiadów
 Pcha rzeczy me bez ładu,
 „Tu nie ma czego zwlekać,
 Wszak jutro to nas czeka”;
Komornik dostał wnet po łbie,
 Z powrotem wnieśli graty me.
 I tak to powstał owy
 Komitet Strajkowy,
 słynny w owe dnie.
 (…)
 Nasz strajk dał przykład, co się zwie,
 Strajkują dziś dzielnice dwie,
 A jak się bronić mamy
 Przed gospodarzami,
 każdy o tym wie!

W 1939 roku – przededniu wojny – Warszawa była najgęściej zaludnionym miastem w skali Europy i obu Ameryk. Samoobniżki czynszów i strajki czynszowe wybuchały codziennie. Bieda warszawska szła w poprzek podziałów etnicznych – „tak samo mieszka szofer Jan, kominiarz Wójcik, krawiec Mann – od piwnic do poddasza wspólna bieda nasza, jeden wielki kram”.  W sukurs deweloperom przyszły wówczas ugrupowania nacjonalistyczne, kierujące gniew żyjącej w ścisku biedoty na siebie nawzajem. Hasła ONRu „Żydzi na Madagaskar!” zdejmowały odpowiedzialność z politycznych decydentów i arystokracji, utrudniając organizowanie się na bazie klasowej, zamiast etnicznej. Nacjonaliści, w obliczu groźby zmiany społecznej, wybiorą nawet wojnę, choćby wobec sąsiadów z ulicy.

Dziś w Warszawie, odbudowanej publicznym kosztem z powojennych gruzów, „reprywatyzacja miasta” i „przywracanie ładu sprzed 1939” oznacza po prostu ogromną grabież dokonywaną przez zawodowych czyścicieli kamienic przy pełnym wsparciu władz. Na tym tle, nacjonaliści walczący z „żydokomuną” i „brudasami” bynajmniej nie są żadną „siłą oporu walczącą z systemem”. Przeciwnie, plując i polując na eksmitowanych, robią przysługę bankom i elitom, które zadłużają ludzi i wyrzucają ich na bruk. Władze same chętnie korzystają z repertuaru narodowców – reprywatyzacja ujmowana jest jako „walka z komuną, która ukradła nieswoje kamienice”.

W świetle głośnych celebracji Powstania Warszawskiego często zapomina się, że jedynym powstaniem które w istocie się w Warszawie udało, było powstanie z gruzów. Ludzie walczący dziś z grabieżą domów, podwyżkami czynszów, eksmisjami, często własną historią świadczą przeciwko mitom narodowców i władz – tego miasta nie odbudowano niewidzialną ręką rynku, ani wysiłkiem arystokracji, tylko rękami ludzi, często w czynie społecznym. W interesie 99 procent z nas jest powstrzymanie brutalnej grabieży miasta i walka o poszerzanie publicznych zasobów Warszawy, w tym tanich, dostępnych lokali mieszkalnych. Musimy stawiać opór wobec gospodarczej konkwisty.

Kolektyw Syrena


Categorised as: Analizy



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *