Pod Brukiem Leży Plaża

Biuletyn warszawskiej Antify

DOSYĆ

W ostatnim numerze anarchistycznej gazety A-TAK, redakcja zapoczątkowała dyskusję w temacie „Jaki antyfaszyzm?”, której celem ma być zmierzenie się z dotychczasowymi błędami i niemocą ruchu. Ukazały się w niej dwa teksty – „Utracona historia Antify” oraz „Nacjonalizm chroni Balcerowicza” – oba można znaleźć na profilu Facebook.com/atakgazeta/. Włączając się do dyskusji, redakcja naszego biuletynu zamieszcza nieniejszy, nadesłany tekst Xawerego Stańczyka. Zachęcamy wszystkich zainteresowanych i wszystkie zainteresowane do włączenia się w debatę i nadsyłania tekstów na antyfaszystowska.warszawa@riseup.net.

Liberalno-lewicowe gazety i czasopisma puchną od rozważań, dlaczego około 40% Polek i Polaków – a według niektórych sondaży jeszcze więcej – popiera rząd Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego Polacy masowo popierają PiS, pytają dziennikarze i publicyści. I próbują odpowiadać: Gdula, Sroczyński, Dunin, Bendyk, Woś i cały peleton pozostałych. Odpowiedzi mniej lub bardziej chybiają – jak w przypadku wątpliwej (i celnie skrytykowanej przez Michała Bilewicza) hipotezy o autorytaryzmie polskiego społeczeństwa, postawionej przez zespół Macieja Gduli w raporcie Dobra zmiana w Miastku – bo pytanie zostało źle postawione. Nie ma nic dziwnego w popieraniu PiS. Opozycja, która nie potrafi tego zrozumieć, daje wyraz swojej narastającej frustracji i odklejenia od rzeczywistości. Ale to nie jest piosenka przeciwko opozycji. To nie jest piosenka antyrządowa. To jest piosenka przeciwko Polsce.

To nie popieranie PiS jest dziwne; o wiele dziwniejsze są niekończące się dociekania przyczyn tego poparcia, z użyciem całego arsenału dziennikarskiej inwencji i pisarskiej błyskotliwości, całego warsztatu narzędzi badawczych socjologii, psychologii, ekonomii i innych nauk społecznych. Ze zdumieniem obserwowałem, jak luminiarze polskiej publicystyki nie mogli się nadziwić wnioskom z raportu Gduli, do bólu poprawnego metodologicznie, zupełnie niekontrowersyjnego i sprowadzającego się właściwie do sprzeciwu wobec redukcjonizmu ekonomicznego. Czy to naprawdę takie zaskakujące, że preferencje polityczne kształtowane są nie bezpośrednio przez aktualną sytuację finansową, lecz przez całą biografię, pragnienia awansu społecznego lub uniknięcia deklasacji, normy moralne i klasowy habitus (na przykład skłonność lokalnej klasy średniej do zaprowadzania porządku)? A jednak, dla niejednego zawodowego komentatora okazało się to równie szokujące, co uderzenie meteorytu dla dinozaurów. Nie upłynęły dwa miesiące, a plejada miejscowych „publicznych intelektualistów” nie potrafiła zareagować na torcik ze swastyką z wafelków inaczej niż infantylizacją, patologizacją, kryminalizacją i tym podobnymi gestami odcinania się i pogardy.  Kto czytał Mary Douglas, wie, że te „interpretacje” stanowiły tylko nowoczesne formy radzenia sobie ze społecznymi anomaliami w celu przywrócenia naruszonego porządku symbolicznego, nie są jednak żadnym przemyśleniem ani wyjaśnieniem. Co bardziej przezorni komentatorzy kryją się za dyskursem filozoficznym lub socjologicznym, w wyrafinowany sposób objawiając komunały. I tak toczą się coraz bardziej jałowe, scholastyczne spory o definicję klasy średniej, zależności demograficzno-gospodarcze, a dla podgrzania atmosfery straszy się wojną hybrydową, rosyjskimi trollami i nieliberalną demokracją. Pora skończyć z tym cyrkiem.

To prawda, że PiS robi rzeczy podłe. Co w tym dziwnego? Jesteśmy podłym społeczeństwem i dotyczy to, niestety, nie tylko elit – masy też nie są niewinne, jak pisała jakiś czas temu Joanna Tokarska-Bakir. To prawda, że PiS z upodobaniem gra kartą rasistowską; w talii ma również kartę seksistowską, homofobiczną, antysemicką, antyrosyjską i antykomunistyczną. Nic nowego. PiS gra tymi kartami, bo takie są zasady tej gry, ustanowione w 1989 roku, choć tak naprawdę obowiązujące już dużo wcześniej. Polskie społeczeństwo jest głęboko rasistowskie, seksistowskie, wrogie ideom równości i sprawiedliwości społecznej. Nigdy nie było liberalne, demokratyczne, inkluzywne, obywatelskie, otwarte – kategorie te, wyjęte z liberalnego słownika lat dziewięćdziesiątych, nie odpowiadają polskim (i szerzej, wschodnioeuropejskim) realiom, jeśli w ogóle odpowiadają jakimkolwiek realiom. Czy to się komuś podoba, czy nie.

***

W rasizmie i seksizmie jesteśmy – z premedytacją używam tutaj pierwszej osoby liczby mnogiej, choć na ogół od niej stronię – zanurzeni wszyscy i wszystkie, choć w różny sposób, mniej lub bardziej dotkliwy, odczuwamy tego konsekwencje (w przypadkach grup najbardziej uprzywilejowanych wręcz korzystne). Podobnie, wszyscy i wszystkie dusimy się w splocie egoistycznego przywiązania do warcholskiej, antyspołecznej wolności indywidualnej (ale gdzie tu miejsce na indywidualizm, który byłby dojrzałym kształtowaniem relacji społecznych, a nie repertuarem zachowań przemocowych lub eskapistycznych?) i kontroli społecznej przybierającej rozmiary niemal paranoiczne. Dostaliśmy to w spadku po państwie zagrodowej i zaściankowej szlachty „równej wojewodzie” i dziewiętnastowiecznych inteligenckich pretensjach do przewodzenia narodowi, który trzeba było ulepić z błota czarnego luda. Anomia i agresja wywoływane przez nieregulowany turbokapitalizm,
z pracą na śmieciówkach, groszowym wynagrodzeniem, eksploatacją fizyczną i psychiczną pięknie zwieńczają ten obrazek.

Historia formowania polskiej tożsamości to historia megalomanii narodowej na europejskich peryferiach i szowinizmu wobec obcych, historia złotej wolności i przywilejów mniejszości kosztem niewolnictwa i wyzysku większości, historia patriarchatu i męskich wspólnot heroicznie, do ostatniej kropli krwi, walczących w słusznej sprawie, czego niewidoczny – lecz przecież mimo tej niewidoczności nie mniej realny – codzienny ciężar spadał na barki pozbawionych praw kobiet, zamkniętych w gospodarstwach domowych, folwarkach, fabrykach. Innej historii nie mamy i nie będziemy mieć, dopóki sami jej nie napiszemy własnym działaniem i pracą.

Nie załatwi tego wyciąganie na światło dzienne zapomnianych historii społecznego sprzeciwu, buntu, strajków i emancypacji. Dobrze o nich pamiętać, ale to nie one ukształtowały polską tożsamość narodową, w której tkwi sedno problemu. Sprzeciw wobec zakłamywania prawdy historycznej (i wobec cynicznej gry samym pojęciem prawdy) jest szalenie ważny, zwłaszcza tych przypadkach, gdy z bandytów z NSZ robi się bohaterów, z tragicznej rzezi powstania warszawskiego – triumf polskiego ducha, z Hitlera – socjalistę (tylko narodowego, co akurat mu się chwali), a z Dąbrowszczaków – marionetki Stalina. Ale samo protestowanie przeciw nacjonalistycznej polityce historycznej nie wystarczy. Co gorsza, walka o historię zbyt często przybiera formy kibicowania jednej drużynie przeciwko drugiej; zbyt łatwe jest wybiórcze czerpanie z historii elementów, które nam pasują,  i branie ich na sztandary, a odcinanie się od innych, mniej chlubnych. Dlatego nie ma co pokrzykiwać, że oprócz nacjonalistycznych i antykomunistycznych mieliśmy też tradycje socjalistyczne, syndykalistyczne, antyfaszystowskie, postępowe. Zwalanie winy na innych nie jest rozwiązaniem. Nie jesteśmy dłużej w podstawówce. Symboliczny gmach endecji trzeba rozebrać cegła po cegle, a nie zasłaniać czerwonym, czerwono-czarnym lub tęczowym sztandarem. Nie ma innego sposobu obrony prawdy historycznej niż nieustanne wskazywanie linii napięć, uwikłań, ambiwalencji i paradoksów, którymi rządzi się proces historyczny; trudna, niewygodna prawda cenniejsza jest niż koloryzowane opowieści o bohaterach.

I jeszcze jedno: żadne, nawet najskuteczniejsze walki o historię i pamięć nie zdadzą się na wiele, jeżeli nie będzie im towarzyszyć udział w sprawach bieżących, podejmowanie kwestii obecnych nierówności, niesprawiedliwości, wyzysku i szowinizmu, wraz z horyzontem na przyszłe lata. Wynaleźć na nowo przyszłość – to zadanie do wykonania wobec nekrofilskiego grzebania w grobach przez faszystów.

***

Nie mam złudzeń co do tego, że sam jestem rasistą i seksistą. Dziś może odrobinę mniejszym, niż byłem dziesięć lat temu, może jeszcze trochę mniejszym – niż dwadzieścia lat temu. Ale nadal jestem i będę pewnie przez resztę życia. To nie znika wraz ze stażem zaangażowania, chodzenia na słuszne demonstracje, pisania słusznych tekstów, członkostwa w słusznych organizacjach. Prawie nie ma dnia, bym z mieszanką gniewu i wstydu nie łapał się na skojarzeniach, odruchach, przesądach szowinistycznych i mizoginicznych. Nie wolno się z tym godzić, ale nie ma sensu tego wypierać. Skończmy wreszcie z tą hipokryzją. Tabuizacja problemu skutecznie uniemożliwia jego poważne przepracowanie. Polskie społeczeństwo – tak, polskie, ponieważ jest to społeczeństwo unarodowione do szpiku kości – przypomina kościół, w którym jedni, rozmodleni, tłoczą się w kolejce do komunii świętej z rąk miejscowego charyzmatyka, a drudzy, nie mniej rozmodleni, w kolejce do konfesjonału – wszyscy zaś teatralnym szeptem komentują, kto się z czego nie wyspowiadał, kto nie odbył pokuty, a kto odbył ją nieszczerze lub nie do końca, kto ma brud za kołnierzem, a kto się wywyższa swoją uczciwością. Dość już tego.

Mania czystości moralnej: niekończące się rachunki sumienia, kabotyńskie bicie się w piersi i posypywanie głów popiołem, moralizowanie i piętnowanie grzeszników, świętojebliwość na pokaz i podłości za zamkniętymi drzwiami – w tych symbolicznych dybach od lat tkwi całe społeczeństwo, cały naród. Gdy pojawia się najmniejszy problem, wszyscy chcą dać dowód swej czystości, zmyć z siebie winy, zatrzeć ślady, a gdy się nie da – publicznie przyznać się do grzechu, by z mandatem szczerej skruchy przyłączyć się do poszukiwania kozłów ofiarnych, zbiorowego usuwania brudu, który na chwilę naruszył sielankowy krajobraz. Sielanka über alles. Ocalenie tego złudzenia dzień w dzień wymaga uciszania głosów protestu, głosów prawdy.

Kościelny, a właściwie sekciarski wzór organizacji społecznej uniemożliwia jakiekolwiek działanie, zabija wszelką myśl krytyczną, niszczy efekty każdego rzetelnego wysiłku fizycznego, a zwłaszcza intelektualnego. Żeby było miło, bo wszyscy Polacy to jedna rodzina, brudy pierze się w domu, zły to ptak, co własne gniazdo kala. Zmuszeni do zbiorowej mimikry, do tańczenia, jak nam zagrają, odreagowujemy, kopiąc się po kostkach i podkładając sobie nogi. Polska zdziecinniała Stanisława Brzozowskiego nigdy nie przestała być aktualna, lecz dziś zdaje się bardziej dokładnym i głębokim opisem polskiej kultury niż analizy i rozważania, których pełna jest prasa codzienna i czasopisma.

Być może paradoksalnie, żeby ten wzór rozbić, nie potrzeba wcale masowych kampanii, wielkich demonstracji ani wyborczego triumfu słusznej opcji politycznej. Przeciwnie, to wszystko samo w sobie jeszcze niczego nie zmieni. Potrzeba odwagi swobodnego (przede wszystkim wobec własnych nawyków i uprzedzeń) myślenia, uczciwej pracy  i odpowiedzialności za drugiego człowieka, tego konkretnego (zwłaszcza wtedy, gdy jest inny i przybywa  z daleka), a nie abstrakcyjnego. To jest znacznie trudniejsze, niż przeforsowanie najbardziej światłego i postępowego prawa, lecz bez tego każde prawo pozostanie martwe. Albo jeszcze gorzej: wyrodzi się we własną karykaturę, użyte zostanie do zgnojenia ludzi, którzy spuszczą głowy, będą po cichu hodować resentyment, aż w końcu odpowiedzą aktem brutalnego odwetu. Znacie to z historii, tej dalekiej i tej całkiem niedawnej. Myśl, praca, odpowiedzialność, nawet na małą skalę, nawet w pojedynkę, a nie wygodny – bo znów, podtrzymujący miłą iluzję własnej czystości ideowej – radykalizm, choć także nie przymilanie się do narodowo-konserwatywnego mainstreamu. W chwili narastającej faszyzacji społeczeństwa polityczny infantylizm staje się przestępstwem, ale łaszenie się do silniejszego przeciwnika przestępstwem jest zawsze.

Nie zniechęcam nikogo do działania, nie namawiam do wewnętrznej emigracji czy kwietystycznego skupienia na własnym ja. Nie mi kogokolwiek pouczać, jak powinien działać i w co się angażować; sam świadomie wybieram pozycję na uboczu, tyleż komfortową, co społecznie marginalną: gryzipiórka, którego naukowe eseje i poetyckie tomiki dotrą do niezwykle ograniczonej publiczności, nie wzbudzając jakiegokolwiek oddźwięku społecznego. Jestem jednak przekonany, że angażowanie się w walki polityczne nie może być skuteczne, jeżeli nie zaczyna się od zdania sprawy z własnego położenia, własnych uwarunkowań, własnych ograniczeń i własnych prze(d)sądów, jeżeli nie łączy się z regularnym konfrontowaniem się z nimi  i przepracowywaniem ich. „Papierowi feminiści” z tekstu Sary Czyż, Dominiki Dymińskiej, Patrycji Wieczorkiewicz, Agnieszki Ziółkowskiej i jednej anonimowej autorki (przy współpracy trzech następnych osób) to modelowy przykład głośnego krzyczenia słusznych postulatów przez ludzi, którzy w praktyce notorycznie zachowują się przemocowo, zaprzeczając temu, co publicznie z emfazą deklarują. Ale problem „papierowych feministów” (i ich odpowiedników: papierowych antyfaszystów, papierowych socjalistów itd.) to nie kwestia jednostek, lecz środowisk, ruchów, instytucji i organizacji, a wreszcie: kwestia kultury dominującej, która narzuca wzory odczuwania, myślenia i zachowania. Ruch feministyczny, którego twarzami w gazetach i na demonstracjach byliby sprawcy przemocy wobec kobiet, stałby się własną karykaturą – podobnie, ruch antyfaszystowski, na czele którego staliby autorytarni przywódcy, reprodukowałby to, z czym chciałby walczyć.

Za każdym razem, gdy oglądam w telewizji intelektualistów zatroskanych o losy kraju, gdy czytam list otwarty „ludzi kultury i nauki” domagających się zorganizowania antyfaszystowskiej wystawy w Muzeum Narodowym (sic!), gdy słyszę, jak lewicowe ugrupowania leją wodę na młyn antykomunistycznej reakcji, pryncypialnie odcinając się od komunizmu, mam przemożną chęć zapytać: Boicie się faszyzmu? Spokojnie, faszyzm dopiero nadchodzi. Żywi się waszymi lękami i nieczystym sumieniem, waszym poczuciem winy, które próbujecie zmyć, udowadniając wszem i wobec własną moralność lub jeszcze raz atakując tych, wobec których naprawdę zawiniliście. Faszyzm to stary, dobry chochoł, którego sami stworzyliście wiele lat temu (albo stworzyli go wasi ojcowie, dziadowie), a teraz jak dzieci już któryś raz dziwicie się, że was nawiedza. Zapomnieliście już, jak wygląda? Spójrzcie w lustro, zaraz je przed wami postawię. Na to z mojej strony, Kalibana, zawsze możecie liczyć.


Categorised as: Felieton



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *