Pod Brukiem Leży Plaża

Biuletyn warszawskiej Antify

Maszerujemy osobno – UDERZAMY RAZEM

414994ee691f5f643d9fba941a1b1b58,641,0,0,0

Przed Wami drugi, specjalny numer reaktywowanego biuletynu warszawskiej Antify. Specjalny – bo wydajemy go z okazji największej w Polsce demonstracji antyfaszystowskiej, „Razem Przeciwko Nacjonalizmowi”, która odbywa się 8 listopada w stolicy. Z tego powodu postanowiliśmy oddać głos różnym grupom społecznym, które na co dzień zmagają się z wykluczeniem, wyzyskiem i nacjonalizmem – chcemy przez to pokazać, że jest to nasza wspólna walka. Często maszerujemy oddzielnie, ale uderzamy wspólnie, gdyż zdajemy sobie sprawę, że nacjonalizm i neofaszyzm nie są zagrożeniem dla pojedynczych osób czy poszczególnych grup, lecz widmem, które wisi nad całym społeczeństwem i jego fundamentalnymi wartościami: wolnością, równością i solidarnością.

Nacjonalizm jako przemoc
Narodowy radykalizm opiera się na zasadach podobnych do sekty – nie uznaje kompromisów i pragnie całkowicie zawładnąć duszami i ciałami swoich wyznawców. W swoim zaślepieniu nie dostrzega pojęcia dialogu. Walka z wrogiem (zazwyczaj partykularnie wybieranym wedle politycznych interesów) jest dla niego walką na śmierć i życie. Statystyki nie kłamią. W Polsce z roku na rok zwiększa się liczba brutalnych ataków na tle rasistowskim, homofobicznym, antysemickim. Od 1989 roku około 50 osób poniosło śmierć z rąk neonazistów. Brutalnych aktów agresji nikt nawet nie liczy. Dodajmy, że decydowana większość z nich to tchórzliwe ataki na bezbronne osoby, w tym dzieci. Dochodzą do tego całoroczne akty dewastacji, którymi narodowcy manifestują swoją miłość do ojczyzny – od powybijanych okien w warszawskich lokalach LGBTQ, przez barbarzyńskie niszczenie cmentarzy żydowskich w całym kraju, po podpalone mieszkania imigrantów w Białymstoku.

Jednak ta przemoc przybiera nie tylko postać  aktów fizycznych. Jest także wszelką formą przymusu i symbolicznego upokorzenia, które pragną narzucić nacjonaliści – ubogim, nazywając ich pasożytami, homoseksualistom, wyzywając ich od dewiantów, kobietom, którym mają do zaoferowania model „dzieci, kuchnia i kościół”, mężczyznom, których chcą zmusić do przyjęcia roli zatwardziałych maczo z bronią w ręku, a jeśli któraś z tych grup będzie miała czelność odmówić – wyrzucając je poza sztywne ramy swojej wizji brunatnego, jednolitego, ślepo posłusznego społeczeństwa.

Nacjonalizm jako trucizna
Nie oszukujmy się – skrajna prawica cieszy się dziś w Polsce bardzo dużą popularnością. Dziesiątki lub setki tysięcy młodych ludzi pała nienawiścią do wszystko co inne: nie-polskie, nie-heteronormatywne, nie-białe, nie-katolickie. Nastąpiło zupełnie odwrócenie pojęć – zbrodnicze ideologie antysemityzmu i rasizmu stają się normą. Żyjemy w tak pomieszanych czasach, że „nienormalne” lub „ekstremistyczne” jest dziś stanowcze sprzeciwianie się podnoszącemu łeb neofaszyzmowi. Młodzi ludzie, których zatruła narodowa ideologia, zajmują się dziś ściganiem imigrantów, wybijaniem okien „lewakom”, czy malowaniem na murach symboli bandyckich organizacji tzw. „żołnierzy wyklętych”. Niczym u Orwella, krzycząc o wolności, domagają się silnej, autorytarnej władzy, nawołując do pokoju, żądają wydawania miliardów złotych na zbrojenia. W tym samym czasie, ich liderzy snują marzenia o sojuszu II RP z hitlerowską III Rzeszą. Narodowcy przestali już nawet kryć się ze swoją sympatią do nazizmu – oczywiście w imię fikcyjnej „walki z komuną”, której w życiu nie widzieli i która istnieje tylko w ich wypaczonej wyobraźni.

Nacjonalizm to trucizna, która blokuje samodzielne myślenie, empatię i zdolność racjonalnej oceny swojej sytuacji. W rękach sprawnych manipulatorów, jest on w stanie zarażać masy. Neofaszystowska, wykluczająca, agresywna retoryka przedostaje się do mediów, popkultury, różnych klas społecznych. Nacjonalizm daje im wszystkim fikcyjne poczucie tworzenia jednej, wielkiej całości, którą zwą Narodem. W czasach powszechnej prekaryzacji i niepewności, narodowcy oferują ludziom placebo, pozwalające choć na chwilę wyrwać się z szarej codzienności – atakując słabszych, dewastując miasto, wydając skoordynowane, dzikie okrzyki, narzucając życiu codziennemu rygor poligonu. Historia wiele razy udowadniała, że kolejnym etapem jest terror i wojna, a niedługo później stryczki dla narodowych führerów, zawieszone przez ich własnych zwolenników. Faszyzm i nacjonalizm są nastawione na samounicestwienie. Ale czy warto poświęcać los milionów, by pozwolić faszystom wydać wyrok na siebie samych?

Nacjonalizm jako narzędzie elit
„Kto nie jest gotów rozmawiać o kapitalizmie, powinien milczeć o faszyzmie” – pisał niegdyś Horkheimer, jeden z czołowych niemieckich filozofów, który musiał uciekać ze swojego kraju ze względu na żydowskie pochodzenie. Zawsze, gdy kapitalizm staje na krawędzi kryzysu, zaczyna poszukiwać tematów zastępczych i hodować oparte na ścisłej hierarchii, faszyzujące bandy, które mają za zadanie kanalizować społeczny gniew. Elity trzymające za ster przyzwalają, a nieraz czynnie wspierają rozwój narodowych organizacji pożytecznych idiotów, którzy wmówią ubożejącemu społeczeństwu, że przyczyną ich problemów jest Żyd, Arab, asfalt, pedał, brudas, komuch. Zamiast walczyć o godne warunki pracy, obywatele wyładowują resztki energii na wymachiwanie kawałkiem materiału i atakowanie tych, którzy są jeszcze słabsi od nich. Zamiast blokować eksmisje swoich sąsiadów, wyzywają ich od pasożytów żerujących na socjalu, choć w każdej chwili ten problem może dotknąć ich samych. Zamiast wyrażać solidarność z represjonowanymi, wiwatują niczym otępiałe stado spoglądając na płonącą Tęczę. Nie żądają już nawet chleba – liczy się tylko ideologiczne igrzysko.

Rządzący mogą bez problemu wdrażać politykę zaciskania pasa, a korporacje wyciskać resztki sił ze swoich pracowników. Dopóki po ulicach paradują pożyteczni lunatycy zwalczający „komunę” ćwierć wieku po jej upadku, ich szefom nic nie grozi. Przedwojenni narodowcy zajmowali się strzelaniem do robotników i rozbijaniem ich demonstracji, a ich dzisiejsi spadkobiercy wmawiają swoim zwolennikom, że mają wspólny interes z elitami, „dobro Narodu”. To czyni ich ruchem głęboko zakorzenionym w systemie, odwracającym uwagę od prawdziwych problemów społecznych. Nacjonalistów hoduje dziś państwo i kapitał, zyskując z jednej strony bezrefleksyjne mięso armatnie, z drugiej pozwalając wyładować słuszny gniew w najbardziej bezmyślny sposób, czyli kierując go na fikcyjnych wrogów. Nacjonalizm to wentyl bezpieczeństwa. PRL miał swój Jarocin, III RP ma Marsz Niepodległości.

Nacjonalizm jako droga do koryta
Już przy okazji pierwszych marszów niepodległości, antyfaszyści ujawnili społeczeństwu, że narodowcy formują organizację, która wkrótce przekształci się w partię i rozpocznie bezwzględną walkę o polityczną władzę. Media przyjęły informację z uśmiechem niedowierzania. Kilka miesięcy później neofaszystowskie ugrupowania organizujące listopadowy pochód, zarejestrowały „Ruch Narodowy” – jednocześnie zaciekle zaprzeczając, że kiedykolwiek stanie się on partią. Zgodnie z ostrzeżeniami Antify, były to tylko mrzonki. Tysiące młodych ludzi, którzy uwierzyli, że budują patriotyczny ruch społeczny, stało się pionkami w brutalnej rozgrywce o stołki. W 2014 roku führer Winnicki przyznał bez ogródek, że celem narodowców jest powołanie kolejnej partii politycznej. Rozpoczęła się masowa propaganda, narodowcy wystartowali w kilku wyborach, jednak wynik w granicach 1% (przy uwzględnieniu frekwencji 0,3%), nieco ostudził ich zapał. Choć łopatologiczna wizja świata wykładana przez narodowców jest kusząca i potrafi przyciągnąć tłumy na brunatne pochody, ich zwolennicy są rozproszeni po całej prawicy i nie stanowią twardego elektoratu.

Nie zmienia to faktu, że najgorszą rzeczą, jaką teraz możemy zrobić jest obwieszczenie sukcesu. Wyborcze klęski skrajnej prawicy wcale nie muszą oznaczać jej końca – praktyka pokazuje, że mogą prowadzić do radykalizacji, która zauroczy jeszcze więcej młodych ludzi, pokaże im, że są kimś, wskazując na słabsze ofiary, które można bezkarnie prześladować. Ponadto nie zapominajmy, że prawicowy ekstremizm wyraża się dziś nie tylko w takich ugrupowaniach jak Ruch Narodowy lub konkurujące z nim, Narodowe Odrodzenie Polski. Ostatnio sporym poparciem cieszy się Kongres Nowej Prawicy, formacja, której liderzy oficjalnie chcą odebrać kobietom prawa wyborcze, przyzwalają na „lekką pedofilię”, promują darwinizm społeczny wobec niepełnosprawnych, a gwałty wywołują u nich uśmiech pobłażania. W przeciwieństwie do narodowców, ich zwolennicy póki co nie dokonują brutalnych ataków na ulicach, ale obie grupy mają ten sam cel: koryto. Po dostaniu się do niego, wszystko jest możliwe.

Dlatego tu na scenę wkraczamy my – antyfaszyści i antyfaszystki, feminiści i feministki, pracownicy i pracownice, uczniowie i uczennice oraz wszyscy, którzy wierzą w człowieka i wolne społeczeństwo. Przedwojenny ONR i jemu podobni zdołali uzyskać znaczącą siłę na warszawskich ulicach, co skończyło się nożowaniem żydowskich studentów i profesorów, gettem ławkowym, rozbijaniem demonstracji związkowych, duszną atmosferą terroru. Ich ideologiczni bracia zza zachodniej granicy mieli jeszcze większe aspiracje i skończyli na milionach ofiar. Dziś ich spadkobiercom mówimy głośne i stanowcze: NIE. Zachęcamy do lektury, wzywamy do działania!

Antyfaszystowska Warszawa


Categorised as: Analizy



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *